LOADING

Burza

Niby ciągle coś się dzieje, ale to na ogół prace gospodarcze. Poprzednio, jak się tu zjawiłem na tydzień to z tego 5 dni kosiłem trawę. Zepsułem kosiarkę rotacyjną do ciągnika i ją naprawiłem, opryskałem okolicę domu przeciw komarom (chyba podziałało), no i wykaszarką obskoczyłem górki (4 dni). W sumie mam ogrodzone prawie 2ha do wykoszenia. Niby fajnie ale strasznie to meczące, choć wtedy można przynajmniej spokojnie pomyśleć.

Ale miało być o burzy. Wczoraj przeszły nad Polską nawałnice. Zrywały dachy, przewracały drzewa, zatapiały miasta. Nam też się trafiło. Wiedziałem nawet, że przyjdzie burza. Nawet wiedziałem kiedy, bo sprawdziłem na meteo.pl ale tak było ładnie, a mnie trzeba było pójść, i po dłuższej nieobecności, wymienić kartę pamięci i akumulator w fotopułapce. Trzeba wam wiedzieć, że fotopułapkę założyłem w magicznym lecz raczej trudno dostępnym miejscu, na końcu naszego lasu. Mam więc kawałek drogi do przejścia.

Tym razem musiałem dodatkowo iść naokoło, bo nie chciałem płoszyć czapli polujących na naszym stawie, a przecież koło stawu najszybciej. Szedłem zatem okrężną drogą, a komary i muchy nie dawały spokoju. Spryskałem się cały nalewką z czeremchy, która miała działać i nie śmierdzieć zwierzakom ale chyba nie zadziałała. Było lepko i parno, bluzę pod plecakiem miałem przylepioną do pleców. Na miejsce dotarłem dość mocno zmachany. Szybko wymieniłem co trzeba, choć z pewnym stresem, bo stwierdziłem, że ktoś buchnął mi akumulator i to nie dziki, które ostatnio rozłączyły mi kabelki. Okazało się jednak, że grzebałem w ziemi nie tam gdzie trzeba i po korekcie współrzędnych odkopałem akumulator.

Zaczęło grzmieć, zacząłem się zbierać. Bez pośpiechu, bo przecież nie pierwszy raz jest burza. Powoli poszedłem w stronę domu. Tym razem już mierząc w staw, może uda się przemknąć obok czapli? Po drodze natknąłem się na koziołka, z którym sobie poszczekaliśmy i na poziomki. Dokładnie tam gdzie jelenie kładą się na dzień. Wydłubywanie i konsumpcja poziomek (przez moskitierę na głowie) zabrała mi trochę czasu, więc gdy wyruszyłem w drogę zrobiłe się nieźle ciemno i pioruny waliły bardzo blisko. Gdy przedzierałem się przez trawy zaczęło padać, pomyślałem, że lepiej wejść w las, będę suchszy. Co do piorunów, to stwierdziłem, że czy idę przy samym lesie czy w lesie, to nie będzie większej różnicy. Wszedłem w las. Zrobiło się ciemno jak w nocy i zaczęło potwornie wiać. Wiatr wył w czubkach drzew i zewsząd słychać było trzeszczenie. Deszcz lał już na całego i zrobiło się nieprzyjemnie. Było kompletnie siwo. Ściana deszczu przesłoniła świat. Niedobrze, bo zaczęły się łamać drzewa. Jedno padło dość daleko ale nie chciałem sprawdzać kiedy złamie się jakieś bliższe. Schowałem się za dużą brzozę. Stałem po zawietrznej, bo dawało to trochę więcej ciepła i chroniło przed bezpośrednim deszczem. Drzewo wyglądało na solidne, więc liczyłem, że się nie złamie. Dodatkowo założyłem, że gdyby padło jekieś w pobliżu, to pień mojej brzozy mnie osłoni. Stałem tak i patrzyłem wkoło gdy sześć czy siedem drzew złamało się obok mnie. Nie jest to przyjemne, bo najpierw, znienacka słychać przeraźliwy trzask, potem łamane gałęzie sąsiednich drzew i wreszcie uderzenie o ziemię, które jest ogłuszające i na dodatek czujesz je w brzuchu. Troszkę było straszno. Co chwila patrzyłem w górę czy aby czubek mojego drzewa nie ma zamiaru się złamać i na mnie spaść. W międzyczasie zaczął padać grad i pomimo osłony, razem z deszczem, przemoczył mnie do suchej nitki.

Tak stałem około 10 minut aż wiatr nieco przycichł i przestały padać drzewa. Ruszyłem w stronę domu teoretycznie znanymi sobie, leśnymi ścieżkami. Deszcz jednak, powalone drzewa, zalane okulary i panująca wszędzie ciemność zmieniły postrzeganie przeze mnie terenu. Kluczyłem trochę i przebijałem się przez zarośla, aż wreszcie wyszedłem na drogę do domu. Przez maliny, graby i krzaki przedzierałem się do naszego rozlewiska, próbując jednocześnie dłonią osłaniać aparat. Niby powinien być wodoodporny ale kto go tam wie. Woda lała się jak z wiadra. Byłem kompletnie mokry, a w butach było bardziej mokro niż na zewnątrz. Czułem się jak w czasie nurkowania. Woda w butach ogrzała mi się i już przestała przeszkadzać. W końcu dobrnąłem do rozlewiska i zobaczyłem dom.

Zobaczyłem jednak również czaple siedzące na rozlewisku. Z głowami wtulonymi w tułów stały tam i czekały na zdobycz. Deszcz chyba im przeszkadzał ale wyglądało na to, że podchodzą do niego jak do czegoś absolutnie naturalnego. Urzekła mnie ta scena i postanowiłem spróbować ją uwiecznić. Ponieważ i tak byłem całkiem mokry, zdecydowanie wlazłem w rozlewisko. Na szczęście w porę przypomniałem sobie o telefonie i karcie pamięci w kieszeniach spodni. Zdążyłem je przełożyć wyżej zanim zanurzyłem się w wodzie. Powolutku zbliżałem się do czapli. Co chwila robiłem zdjęcia i chyba coś tam mi wyszło (jeszcze ich nie oglądałem), aż niestety, jeden po drugim, ptaki odleciały. Było osiem czapli siwych i jedna biała. Na posterunku zostaliśmy tylko ja i samotnik, który wydawał się w ogóle nie przejmować nawałnicą. Wlazłem pod paśnik i tak przesiedziałem jeszcze z pół godziny. Potem poszedłem do domu wyżąć ubranie i osuszyć aparat.

Później okazało się jeszcze, że przy naszej drodze do wsi w drzewo (klon) trafił piorun i zablokowało nam dojazd. Kolejnego dnia (dzisiaj) pojechaliśmy tam z Igą i piłą spalinową je usunąć. Zabrało nam to półtorej godziny ale się udało. Droga wolna!

LEAVE A REPLY