LOADING

mieszczucha (nie)szczęście…

4 marca 2017

Od stycznia remontujemy jeden z budynków gospodarczych. Remont to sama przyjemność. Budowlańcy codziennie przyjeżdżają bladym świtem, trzeba przedtem zamknąć psy. Nie żeby im zrobiły krzywdę ale oni beztrosko traktują obowiązek zamykania bramy i nie chcemy potem szukać naszych pociech w całej okolicy. Oprócz tego do remontu potrzeba wody, a jedyny czynny zawór jest w domu. Co prawda jest też kran na dworze ale jak to w zimie, na ogół zamarznięty. Robotnicy przychodzą więc do domu, walą w drzwi od werandy, my otwieramy zawór wewnątrz, a oni palnikiem rozgrzewają kran na zewnątrz. Po chwili woda wesoło wypełnia beczkę czy inne tam naczynia. Skutkiem tego procederu kran jest do wymiany (już nie zamyka wody i teraz trzeba odkręcać wewnątrz na komendę i na komendę zakręcać, bo inaczej wartki strumień leci pod dom, a wodomierz tyka miarowo), a styropianowe ocieplenie wokół nie istnieje. Istnieje za to czarna, wypalona dziura.

Ostatnio się ociepliło. Dobrze to, bo wiosna i źle, bo teraz dodatkowo toniemy w błocie. Na podwórku błoto, psy w błocie, nasz niegdysiejszy trawnik to kupa błota. To jednak nie jest najgorsze. Najgorsza jest droga od wsi do domu. W życiu czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Morze błota.

W grudniu leśnicy ułożyli przy drodze, tuż za skrętem do nas (nota bene na naszym polu - bez pytania) drewno do wywózki. Trochę dłużycy i trochę papierówki. Mam umowę z leśniczym, że nie wywozi drewna jeśli jest mokro i temperatura jest plusowa. Niestety o naszej umowie nie wiedzą kierowcy, którzy wożą papierówkę. Oni dostają rozkaz z centrali i jadą nie pytając leśniczego. Tak też zrobili u nas pod sam koniec roku. Jak pamiętacie było wtedy dość mokro (lało non stop) i droga i tak nie była w najlepszym stanie. Gdy jednak pojeździły po niej dodatkowo 40-tonowe ciężarówki z napędem na wszystkie osie to zrobiły taką maziaję, że aż się przestraszyłem. Zawracały na naszej drodze do domu, tam gdzie stoi śmietnik, tak im łatwiej było. Efekt - śmieciarze odmówili zabierania śmieci. Natychmiast napisałem do nadleśnictwa z prośbą o naprawę drogi, załączyłem zdjęcia. Nadleśniczy obiecał, że zreperują. Bardzo się ucieszyłem.

Tak to wyglądało wtedy, myślałem, że jest bardzo źle...

Potem przyszły mrozy. Zima jakiej dawno nie było. Minus dziesięć, minus dwadzieścia stopni, śnieg i radość. Droga zamarzła, śnieg wyrównał koleiny. Jeździło się bosko! W styczniu zaczęliśmy remont. Robotnicy przeklinali mróz, a my wiedzieliśmy co jest pod śniegiem i modliliśmy się, żeby zima trwała jak najdłużej.

Szczęście skończyło się pod koniec lutego. Mrozy puściły. Zaczęło padać. Od góry woda, od dołu zmarznięta jeszcze ziemia nie przepuszczała jej wgłąb no i stało się. Maziaja zamieniła się w breję, po brei pojeździły samochody i droga stała się koszmarem wszystkich próbujących nią przejechać. Na początku klęliśmy podjeżdżając pod bramę, potem już w połowie drogi, a teraz na początku - tam na ogół grzęzną samochody. Całe szczęście, że mam ciągnik i to jeszcze na łańcuchach z zimy (świetnie się sprawują również w błocie), bo co chwila jeździ on kogoś wyciągać. Jest tak zaświniany, że nie wiem jak go domyję. To samo z samochodem.

Ostatnio była taka akcja: przyjechali goście od okien. Dostawczakiem. Wstawili okna i pojechali. Ponieważ to chwaccy chłopcy to stwierdzili, że dadzą radę drogą (w tym czasie my jeździliśmy już po polu - większe, choć nie stuprocentowe, szanse na dojechanie) no i zarżnęli się po osie. Próby wyciągnięcia ich traktorem spełzły na niczym, bo porwały się wszystkie liny. Chłopcy stwierdzili więc, że zawołają kogoś "swojego". "Swój" przyjechał Nissanem Patrolem i bez zbędnej zwłoki zabrał się do wyciągania. Niestety zabrał się trochę źle, bo ciągnął ich do przodu i tym samy zarył tylko głębiej w błoto. Pech chciał, że ucho do holowania w dostawczaku nie wytrzymało i urwał się cały przód, łącznie ze zderzakiem. Samochód miał być ponoć na sprzedaż ale podobno po powrocie od nas już nie. Nissan odczepił złom od liny i zrobił kółko. Tym razem zabrał się od tyłu. Zaczepił linę, włączył reduktor, wziął azymut i szarpnął... niezbyt mocno, bo przeskoczył mu rozrząd i samochód wrócił na holu.

W międzyczasie z góry, od nas, dojechał jeszcze elektryk Volkswagenem busem, który również zgrabnie wmasował się w błoto, a właściwie w taką jakby rozklepaną breję, jak beton, który przelewa się w betoniarce. No i w efekcie były trzy samochody do wyciągania, w tym jeden terenowy. Miejscowi załatwili to traktorami, z pomocą moich budowlańców w moim ciągniku.

W kolejne dni było podobnie tylko bez aż takich strat. Hydraulik, jak do nas jedzie, to nawet zanim się zakopie to już dzwoni, żeby go wyciągać. Ktoś z nas, traktorem lub Ferozą bierze go na hol i dociąga do domu. Zabawa na sto-dwa!

Tak to wygląda teraz: https://www.youtube.com/watch?v=aQ6ft3aU3mo

Wszystko byłoby fajnie, ja mam ogromną frajdę jak jadę tamtędy Ferozą i spod kół lecą fontanny błota, tylko z przerażeniem myślę co będzie jeśli coś się stanie i trzeba będzie wezwać jakieś służby. Chyba nie dojadą skoro nawet listonosz (ZAWSZE DOJEŻDŻA) powiedział, że przyjechał ostatni raz.

 

PS. Dzwoniłem do leśniczego, potwierdził, że nadleśnictwo zreperuje drogę... do czerwca.

LEAVE A REPLY