LOADING

Wiosna ruszyła!

29 marca 2017

Wiosna ruszyła! I to pełną parą. Lody zeszły z łąki, droga powoli wysycha, coraz częściej pojawia się słońce, a na podwórku są już pliszki i szpaki. Od świtu, w gałęziach drzew słychać kłótnie i przekomarzania się. Aż miło się budzić.

Dość długo mnie nie było ale za to przyjechałem na nieco dłużej. Od razu zabrałem się za myszkowanie po okolicy i sprawdzanie co się dzieje. Postanowiłem na przykład postawić sobie na łące czatownię. Nie jakąś permanentną budę ale taki namiocik z krzesłem w środku. Wybrałem suche miejsce (“suche” to trochę eufemizm, bo nie ma takich – w moim przypadku oznacza to wodę jedynie po kostki) i spróbowałem się tam dostać. Wybrałem, jak mi się zdawało, najpłytszą przeprawę, założyłem najdłuższe kalosze, wziąłem psa-Lupusa, budę, sznurek i scyzoryk i ruszyłem. Od początku było źle. Woda prawie wlewała mi się do kaloszy. Szedłem w zasadzie na granicy bezpieczeństwa, miałem jakiś 1 cm zapasu pomiędzy krawędzią kaloszy, a lustrem wody. Byłoby nieźle gdyby nie ten zwariowany pies, który bardzo lubi chodzić tuż za mną, a do delikatnych nie należy. Każdy jego podskok powodował falę, która wlewała mi się do kaloszy. Słabo. Już miałem mokro ale nadzieja pozostała. Niestety znikła jak Lupuś nauczył się trykać mnie nosem pod kolano. To powoduje automatyczne ugięcie nogi i co? I woda wlewa się do kalosza przodem. Zalało mnie dokumentnie i porzuciłem chęć dotarcia do suchszych części łąki. Musiałem wrócić po wodery i dopiero z ich pomocą doszedłem gdzie trzeba. Potem, pod wieczór, w tych samych woderach, poszedłem posiedzieć w namiociku i poczatować na żurawie. Zmarzłem w tej gumie jak diabli ale za to, bez żadnego plusku pojawił się żuraw, samica. Przedarł się przez trzciny od strony bobrzego bagna i powoli przeniknął w stronę łąki. Udało się zrobić kilka zdjęć w bajkowej scenerii. Potem ptak majestatycznie wzbił się w powietrze i odleciał. Mam nadzieję, że ta panna znajdzie swojego kawalera i wrócą do nas, by na bagienku założyć gniazdo i zaludnić łąkę rudym maleństwem.

Następnego dnia zachciało mi się zbadać bobrze bagno. Co prawda, wcześniej próbowałem tam już wejść ale zabrakło mi wysokości w woderach. Po prostu bałem się, że woda przeleje mi się górą i pociągnie mnie na dno. Tak jest głęboko. Swoją drogą to pamiętam jak ze trzy lata temu wybrałem się tam na spacer po lodzie, który się pode mną załamał. Wpadłem wtedy po kolana i nalałem wody do kaloszy. Dzisiaj już wiem, że jest tu znacznie głębiej.

Założyłem suchy kombinezon do nurkowania (pod spodem był cały mój zapas ciepłej bielizny) i poszedłem uzbroić pływadełko. Pływadełko to tratwa zbudowana przeze mnie z rur kanalizacyjnych i sklejki, służąca do noszenia głowicy statywowej, a na niej aparatu. W ten sposób można podkraść się do stworzeń wodnych i zrobić im fajne zdjęcie z perspektywy lustra wody. Dotarcie do pływadełka nie nastręczało problemu, bo ostatnie zdjęcia robiłem u nas w stawie ergo tratwa leżała tuż tuż. Uzbrojenie jej w głowicę też okazało się proste. Co było wyzwaniem, to zapięcie kombinezonu. Otóż to ustrojstwo zakłada się najpierw na nogi (logiczne), potem są szelki trzymające to wszystko na ramionach, potem idzie część tułowia, ręce i wreszcie głowa. Wydaje się to proste ale nie jest, bo na końcach rękawów i na szyi jest taka ciasna guma, która ma za zadanie utrzymywać szczelność i trzymać wodę z dala od wnętrza skafandra. Problem w tym, że na szyi dusi, a na rękach jest nieszczelne. Cóż, w końcu nie będę w tym nurkował, a jedynie chcę przejśc po bagnie. Założyłem toto wszystko i wtedy pojawiło się prawdziwe wyzwanie, jak zapiąć kombinezon? Ma on na plecach, poziomo, zamek błyskawiczny. Nie taki zwykły zamek ale wodoszczelny, specjalny, który bardzo ciężko się zapina. Moje pierwsze próby spełzły na niczym - poprzednio Filip mi pomagał i wszystko odbyło się sprawnie. Kombinowałem na wszelkie sposoby i jedyne, co uzyskałem, to nadwerężenie stawów i ścięgien nienaturalnie wykrzywionych przy zapinaniu ramion. W końcu straciłem cierpliwość i poszedłem po sznurek. Dzięki niemu (przedłużenie) w końcu udało mi zamknąć skafander.

Jak już się zapiąłem, zdałem sobie sprawę, że najtrudniejsze przede mną. Co będzie jak go nie rozepnę? Ale cóż, za późno już. Wziąłem tratwę na plecy i poszedłem. Myślałem, że mam przenośne pływadełko ale zweryfikowałem ten pogląd przedzierając się przez łąkę. Na pasku dodatkowo dyndał mi aparat z obiektywem. Do bobrzego bagna doszedłem zziajany i mokry jak kura. Walnąłem pływadłem o wodę, wczołgałem się do środka, zainstalowałem aparat i posunąłem w stronę żeremia.

Teoretycznie najgorsze było z mną ale nie, tak naprawdę dopiero teraz zacząlem walczyć o życie. Bobrze bagno to ols, zalany przez spiętrzoną za tamą wodę. Nic szczególnego, oprócz tego, że bobry potrafią robić sobie podwodne autostrady. To, co kilka lat temu było kanałem po kolana, dziś jest rowem głębokim po szyję. Dodając do tego fakt, że na dnie jest z 50 cm mułu, powstaje dość przerażający (mnie) obraz głębi bez dna, w której można się zapaść na dobre. Szczerze mówiąc gdy wchodziłem głębiej i głębiej w ols coraz bardziej wydawało mi się, że tracę grunt i będę musiał się jakoś ratować, a być może i porzucić sprzęt. W jedną stronę (około 100m) szedłem godzinę, mącąc wodę i muł, z którego wydobywały się z hałasem bąbelki jakiegoś bardzo śmierdzącego gazu. Doszedłem prawie pod samo żeremie, starając się iść raczej po ścianie bobrzego rowu. Bałem się iść środkiem. W pewnym momencie przede mną pojawił się bóbr ale ponieważ robiłem dość dużo hałasu (i smrodu), plasnął tylko ogonem i zniknął pod wodą. Drugi zrobił to samo kilkanaście metrów dalej. Na wodzie pojawiały się i odlatywały kaczki krzyżówki ale nie udało mi się do nich podejść.

W pewnym momencie postanowiłem porzucić pływadło gdzieś w lesie, na brzegu olsu i pójść do domu piechotą. W tym celu zacząłem przesuwać się w stronę brzegu ale nie bardzo mi szło, bo pomimo, że poza rowem było płytko (jakieś 40cm) to szlam, trawa, jakieś wodne rośliny tak mnie hamowały, że dałem za wygraną i powróciłem do głownego kanału z postanowieniem powrotu na moją łąkę. To wszystko brzmi lekko ale prawda wygląda tak, że idziesz sobie zalanym olsem (40 cm) i nagle, pionowo zapadasz się po szyję. Nie wiesz czy i gdzie jest dno, więc trochę strach. Na szczęscie ja już teraz wiem, że jak się wyprostuję, to stanę na dnie i brodę wciąż mam nad wodą. Zapewne jednak w przyszłym roku tak dobrze już nie będzie.

Bobrze kanały to ich drogi. robią je, by móc pod lodem dotrzeć do wszystkich swoich spiżarni. Są więc kanały główne i ich odnogi, które promieniście rozchodzą się na boki. Tam łatwo się chodzi ale jest głęboko. Jednak wszystko na razie pod kontrolą. Dzięki mojej ekskursji poznałem kolejny kawałek życia bobrów, a może dzięki tym zapiskom i inni się tego dowiedzą. Bobry są bardzo pożyteczne. Pomimo, że wygryzają część lasu, dzięki temu robią miejsce na kolejne pokolenia drzew, które w końcu zajmą bobrzy teren. Najpierw olchy i wierzby, potem stopniowo inne gatunki. Las rodzi się na nowo. Z żalem zatem przyjąłem wiadomośc, że nasze barbarzyńskie ministerstow środowiska nakazało odstrzelić część bobrów. Decyzja zgoła niezrozumiała, bo zalecono strzelać do nich na zalanych łąkach ale tak, by nie naruszyć ich liczebności. Czyli, z zasady nic ma się nie zmienić. Więc po co to wszystko?

LEAVE A REPLY